Z kuferka wspomnień Marianny cz.3 Wakacje w PRL,choroba w rodzinie

0
1526
fot.Johanka

Poprosiłam moją przyjaciółkę Mariannę, która jest dla mnie skarbnicą mądrości i bardzo bliską przyjaciółką, aby podzieliła się swymi przemyśleniami, które od lat spisuje, w rodzinnych dziennikach.Dziś część trzecia.

Wczasy za grosik

Od 1985 roku wyjeżdżaliśmy też niemal każdego roku na wczasy do Ustronia, gdzie z zakładu pracy męża były domki campingowe.

Jakaż to była radość nie do opisania.  W maluchu trójka dzieci, a  na dachu bagażnika, ziemniaki, konserwy, słoiki z bigosem i innymi zapasami.

W campingu była maleńka  kuchenka elektryczna, ale dodatkowo mąż  zabierał zawsze małą  butlę z gazem i palnik, dlatego mogliśmy gotować nawet po dwa dania. 

Mimo tego najczęściej nie  zdążyłam pozmywać po obiedzie, bo  wszystkim tak apetyt w górach dopisywał, że domagali się ciągle jedzenia. 

Raz dziennie pozwalaliśmy sobie na skromny deser w kawiarni ,,Delicje” .

fot. Johanka

Codzienna msza święta

Mimo wczasów uczestniczyłam na co dzień w porannej mszy świętej.

Było za co dziękować, bo przecież dzieci były zdrowe, my również.

Wczesnym rankiem biegłam niespełna dwa kilometry w jedną stronę do kościoła, a w drodze powrotnej wstępowałam po pieczywo. 

Kiedyś mąż się wygadał przed znajomą z pracy, że po powrocie z kościoła wstępuję po  świeże pieczywo. Kobieta aż się za głowę złapała, co to za wczasy, aby rano biec do kościoła. 

fot. Johanka

Dorastające dzieci, kłopoty codzienności

Mijały lata, a wraz z nimi kłopoty jak w każdym domu.

Narastały  problemy z wyborem szkół dla dzieci, potem przeżycia z dorastającą młodzieżą itd. Jednym słowem całe życie miałam pod górę. 

Przez wiele lat pracowałam w sklepie spożywczym, ale w połowie 1994 roku musiałam zaryzykować podobnie  jak wielu innych w naszym kraju i przemysłowy  sklep wziąć w dzierżawę, albo szukać pracy.

Bielsko Biała fot. Johanka

Ciosy od losu

Mąż był na rencie inwalidzkiej, więc nie mogłam zostać bez pracy.

To były trudne lata i nikt kto nie miał własnej działalności nie zrozumie jak  trzeba  się   głowić, aby  jakoś utrzymać źródło skromnego dochodu.

Jakby mało było tych problemów nagle ojciec zmarł na zawał, a zaledwie  dwa lata później  matka ciężko zachorowała ( guz trzustki).

Sama nie wiem jak zdołałam to wszystko przeżyć. Prowadziłam już wtedy swój sklep i dojeżdżałam  niespełna 30 km do rodzinnego domu, aby zająć się matką.

Gliwice_rzeźby koło Sądu Okręgowego fot.Johanka

Cudowna woda źródlana i borówki

Pewnego dnia matka  zapragnęła wody źródlanej i kompotu z borówek leśnych. Przypomniała sobie z lat młodości o pewnym cudownym  źródełku oddalonym kilka kilometrów od jej domu.

Na początku nawet nie myślałam, aby szukać jakiegoś źródła, bo skupiałam się na poszukiwaniu leśnych borówek. Niestety wtedy trudno było zdobyć taki owoc, ale nie poddawałam i przez kolejne dni rozpytywałam wśród klientek.

Miałam szczęście, bo jednej z nich ktoś z rodziny przyniósł maleńki słoiczek borówek, więc  chętnie mi go odstąpiła. Byłam  kobiecie ogromnie  wdzięczna.

Potem pozostało zdobyć wodę ze źródełka. Siostra matki poradziła kupić butelkę niegazowanej wody, ale  nie miałam sumienia, aby tak postąpić. Zaczęłam się zastanawiać nad odszukaniem tego źródła.

To był koniec listopada na dworze po piętnastej powoli  już szarzało.

Nagle w drodze do matki nawet nie wiem, kiedy  kierunkowskaz włączyłam w przeciwną stronę. Dojechałam do wioski i spytałam młodą kobietę o źródełko, ale kobieta nie tutejsza wskazała dom starszej pani.

fot.Johanka

Opowieści starszej pani o cudownym źródle

Musiałam opowiedzieć o co chodzi, potem wysłuchać o cudach jakie miały miejsce w  powojennych latach, a dopiero potem wskazała drogę do domu  pod lasem, gdzie miałam uzyskać resztę informacji.

Tam znów musiałam opowiedzieć o życzeniu ciężko chorej matki i prosić o jakieś naczynie, bo nie przypuszczałam, że zdołałam dotrzeć do tego miejsca .

Starszy mężczyzna zabrał z domu słoik, ale uprzedził, że nie wiadomo, czy istnieje to źródło, ponieważ nikt z młodego pokolenia już nie dbał o takie sprawy. Na szczęście  w lesie wśród chaszczy istniało maleńkie  źródełko.

Było już po 17.00, kiedy ruszyłam podekscytowana w drogę powrotną. Nagle mnie olśniło jak  ciemno na dworze, a zaledwie kilka minut wcześniej w lesie była taka jasność jakby ktoś nam lampą przyświecał. To był cud. Kto tego nie doświadczy nie uwierzy.

Uradowana w końcu dojechałam do domu, a kiedy podałam matce wodę potwierdziła, że to naprawdę woda z tego źródełka.

fot.Johanka

Poczułam dreszcze na całym ciele.

Dobrze, że nie posłuchałam cioci, bo miałabym naprawdę wyrzuty sumienia. Pięć dni później matka zmarła…

Koniec części trzeciej, zapraszamy do czytania następnego felietonu, który opisuje dalsze losy Marianny.

Wspaniałych wspomnień Marianny wysłuchała i zredagowała je na potrzeby strony Johanka.

Wszystkie zdjęcia: Johanka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj