fot.Johanka

I oto znowu zaczęłam pisać na temat PRL, bo widzę po aktywności naszych Sympatyków , że lubicie ten temat.

Poruszę kilka aspektów osobistych, obiecuję, że będę dalej pisała o codziennym życiu.

Czytanie książek, zamiast komputera

Młode pokolenie zapewne się żachnie, jak można było żyć bez komputera i mediów społecznościowych, przecież obecnie dzień bez Fejsa czy Instagrama – dniem straconym 🙁 .

My, z mojego rocznika „za Gierka” – chodziliśmy do biblioteki gminnej, zaręczam wam, że bez przymusu.Nie wspomnę, ile książek przeczytałam w ten sposób, dużo. Chodziłam co tydzień,a w szkolnej wypożyczałam lektury.

Nasza lokalna huta też miała bibliotekę hutniczą, musiałam przynieść przepustkę do huty od taty, to mnie zapisali. W latach 90 -tych zlikwidowano bibliotekę hutniczą , potem jej całość przeszła na stan biblioteki technikum hutniczego, nad czym do dziś ubolewam, albowiem technikum zamknięto, nie wiem co się stało z księgozbiorem.

Uwielbiałam przygody Pana Samochodzika, książki pana Niziurskiego, Adama Bahdaja , Krystyny Ślesickiej. Młodzi z obecnego pokolenia, niekiedy nie wiedzą o czym piszę… Potem „moje” były kryminały Agathy Christie, Arthura Conan Doyle`a (Sherlock Holmes) , Juliusz Verne.

Czytało się do nocy, a jak rodzice gonili spać, to z latarką pod kołdrą. W ten sposób dorobiłam się wady wzroku, ale nie żałuję, bo wiele książek przeczytałam i były one warte tego!

Zdjęcia – aparat analogowy, na rolki filmowe…

My nie robiliśmy sobie zdjęć, miałam aparat zwykły, na klisze, mało tego, wymagał ręcznego ustawiania przesłony, czasu naświetlania błony na filmie, włożonym do aparatu.

Film miał 36 zdjęć, nieraz zrobiliśmy na dwutygodniowych wczasach dwa filmy . Niemożliwe? – ależ tak. A ile się trzeba było nakombinować , aby utrwalić tylko te najważniejsze wydarzenia czy obiekty?

Ja umiałam wywoływać zdjęcia, razem z tatą siedzieliśmy w łazience na taboretach. wykręcaliśmy żarówkę, by nikt nam nie prześwietlił przez przypadek klisz i zamykaliśmy drzwi na zasuwkę, by nikt wchodząc nie wpuścił światła.

Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu _Kamienica czynszowa_ fot. Johanka

Umiałam w wieku 10 lat wywoływać rolki filmów czarno białych, umiałam wyjmować film z aparatu, potem dawać do takiego ebonitowego pojemnika z dziurką na wlanie wywoływacza, trzeba było znać proporcje.

Po chemikalia do zdjęć jeździliśmy na motorze KOBUZ do Gliwic. Mieszkam na prowincji, tu nie było sklepu tego typu. Jak weszły filmy kolorowe, nasze wywoływanie domowe się skończyło,bo to było za drogie.

Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu _Kamienica czynszowa_fot. Johanka

Mieliśmy w domu : rzutnik, dwie kuwety porcelanowe na wywoływacz i utrwalacz, suszarkę do zdjęć , którą tata sam zrobił, na nią kładło się takie płyty chromowane. Na takiej płycie kładło się mokre, już wywołane zdjęcia, obrazkiem do dołu, walcowało specjalnych wałkiem, by wycisnąć ewentualne powietrze. Suszarkę się uruchamiało,a była na prąd, wykonana z blach,a w środku miała taką dużą spiralę, to wyglądało jak olbrzymi prodiż, ale miało od góry blachę, która się do tej spirali też nagrzewała.

Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu_Kamienica czynszowa_ fot. Johanka

Płytę chromową kładło na tę rozgrzaną powierzchnię- a potem zdjęcia same odskakiwały. Nadmiar białych pasków otaczających kadr fotografii – odkrajaliśmy specjalną gilotyną do obcinania zdjęć, mieliśmy jedną, która robiła artystyczne ząbki.

Mam masę zdjęć z dzieciństwa, które też wam prezentuję, dzięki naszej rodzinnej działalności fotograficznej. To ma walor nie tylko sentymentalny, ale i artystyczny!

Dawny ośrodek wczasowy Huty im. Karola Świerczewskiego w Dźwirzynie w okresie PRL_ fot. Johanka archiwum rodzinne

Johanka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here