Jak wiecie , ja urodziłam się za Gierka, w czasach jak to niektórzy mówią : słusznie minionych”, a ja mówię w PRL.

Wstęp

Nie chodzi mi o gloryfikowanie tego okresu, bo jak mawiał klasyk – PRL ma „plusy dodatnie i plusy ujemne”.

Przez pryzmat czasu, zacierają się złe wspomnienia tego, a dobre urastają do tego stopnia, że rozrzewnienie i tęsknota dominują w naszym umyśle , tak jest w moim przypadku.

Rok 1971_Fot._archiwum rodzinne Johanka

Moje słabe zdrowie i morze

Byłam bardzo chorowitym dzieckiem, lekarz pediatra zalecał najczęstsze pobyty nad morzem. Nasza huta miała ośrodek zakładowy w Dźwirzynie, ale raczej co roku nie można było jechać. Wyjątkiem był ostatni turnus, 15-30 września, kiedy jak się domyślacie, tłumów nie było. Było zimno, ale niekiedy były słoneczne dni. Za to nie było tłumów na plaży i mało chętnych z huty – zatem mogłam jechać co roku. Często wyjeżdżali wtedy emeryci z huty. Jechało się autokarem bez klimy nad morze….albo pociągiem.

Dźwirzyno_fot.Johanka_archiwum rodzinne

Uwielbiałam, ubrana w zimową ( tak!) kurtkę, stać na sztormowej wrześniowej plaży i rzucać mewom chlebek. Prosiłam o niego na stołówce zakładowej ośrodka wczasowego, a panie kucharki dawały chleb, który został po śniadaniu. Będę wspominała to do końca życia.

Dźwirzyno we wrześniu, też jest piękne! _fot.archiwum rodzinne Johanka

Wyżywienie poza menu z ośrodka wypoczynkowego Huty

Mój tata potrafił sprawiać ryby i kupowaliśmy za grosze i potem sami na balkonie zakładowego pokoju wczasowego smażyliśmy to na kuchence, takiej turystycznej na nóżkach. Na wczasy brało się dużą ” flachę” oleju i patelnię. Wtedy nie było za dużo sklepów w Dźwirzynie, teraz są nawet dyskonty.

Dźwirzyno, tata i mama Johanki ze znajomymi_rok 1972 lub 1973 fot.Johanka_archiwum rodzinne

Smaku turbota i flądry prosto z kutra nie zapomnę. Jadłam też węgorza wędzonego oraz rybę bellonę, która miała zielone ości!

Dźwirzyno port_ mama Johanki ze znajomymi_rok 1972 lub 1973 fot.Johanka_archiwum rodzinne

Moje spotkanie z Pieskiem Pana Rybaka -Puszkiem

Mieliśmy znajomego rybaka, który nam dostarczał te ryby. Pozwolił mi wejść wielokrotnie na swój kuter i głaskać swojego pieska Puszka.

Wiecie co , teraz atrakcją jest Disneyland, a to wydarzenie i możliwość przebywania na kutrze było wtedy dla mnie porównywalne emocjonalnie do egzotycznej wycieczki.

Dźwirzyno, Johanka z Puszkiem na kutrze pana rybaka F. 1975 fot.Johanka_archiwum rodzinne

Wycieczki do Kołobrzegu

Wszystko było inne, takie swojskie, nieraz jeździliśmy do niedalekiego Kołobrzegu, oczywiście autobusem miejskim, bo nie mieliśmy auta.

W Kołobrzegu było Muzeum Oręża Polskiego, które bardzo mi się podobało.

Byłam też na molo,a potem w katedrze. Pamiętam, że wejść , weszłam, ale jak zobaczyłam czarną dziurę ze schodami w dół , to za Chiny nie chciałam zejść i tata musiał mnie znieść, a miałam wtedy 6 lat.

Panorama Kołobrzegu z dachu katedry, _Johanka z ojcem_ fot.archiwum rodzinne

Kołobrzeg_ fot. archiwum rodzinne Johanka

Podsumowanie

Życie było proste nikt nic nie miał, nikt się nie wyróżniał.Ale nie było też biedy, tata dorabiał do pensji z huty , między innymi robiąc płoty, bo wtedy w latach 70 tych był boom na budowanie domów indywidualnych i każdy chciał mieć fajny płot wokół posesji.

Bardzo emocjonalnie wspominam tamte czasy, bo byłam dzieckiem, moje życie nie było obarczone trudami codzienności.

Mam nadzieję, że podobał się Wam mój wspomnieniowy felieton.

Johanka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here