Moja babcia mieszkała w Janowie Częstochowskim. Była to biedna wieś głównie rolnicza, kiedyś miała prawa miejskie.

Wielu mieszkańców zajmowało się właśnie rolnictwem i swymi małymi poletkami. Część ludności dojeżdżała do pracy w Częstochowie ( m.innymi hucie) , albo Myszkowie. Niektórzy szczęśliwcy znaleźli zatrudnienie w budżetówce, czyli malutkim urzędzie gminy, w szkole; jako agronomowie, w malutkich filiach urzędów , nielicznych sklepach czy w miejscowej gospodzie czy młynie. Działało tu też Kółko Rolnicze w sąsiednim Złotym Potoku.

Złoty Potok, Johanka z rodzicami

Miejsce na wiejskie wakacje

Tam właśnie, do tego malowniczego miejsca, jeździłam z mamą , siostrą i tatą – autobusem PKS z Zawadzkiego do Częstochowy, a potem drugim, czasem takim do Żarek, innym razem na Myszków.

fot.Johanka z babcią Anną w Janowie Cz.

Wysiadałam na małym ryneczku, z przystankiem PKS, pocztą, niedalekim kościołem, jedyną stacją wtedy CPN obok i małym skwerem, niedaleko był też sklep GS, a po drugiej stronie gospoda.Znam te okolice na wylot. Jeździłam po wiosce na rowerze dziadka.

Babcia i dziadek mieszkali w dawnej wiosce Ponik, którą potem wcielono do Janowa Częstochowskiego. Jej domek znajdował się niedaleko drogi wiodącej na Koniecpol i Kielce. Był w sumie na wzniesieniu, a ryneczek Janowa był w dole, jechałam szybko w dół , na starym rowerze dziadka, bardzo się rozpędzając. To uczucie pamiętam do dziś i ten wiatr we włosach. Nie było to groźne, bo aut było jak na lekarstwo, nie to co dzisiaj.

Inwentarz i podwórko

Babcia miała jedną krówkę, którą osobiście doiła do wiaderka i dawała mi to przecedzone przez gazę mleko. Dziadek miał jednego konika, o którego dbał i nie pozwalał mi wchodzić do niewielkiej stajni, bo bał się , że konik mnie nadepnie. Karmiłam kurki , bo babcia miała kilka, ale nie zbierałam jajek, bo nieraz je stłukłam w czasie niesienia.

Podwórko babci było podzielone na dwie części. Wspomniana obora była dobudowana do domu, a stajnia obok osobno, była z drewna. Stała tu też stodoła ze zbożem i sianem , gdzie nieraz wchodziłam po drabinie i siedząc z nogami przerzuconymi przez ostatni , górny szczebel drabiny czytałam książki. I zupełnie się nie nudziłam!

Drugą częścią podwórka był malutki sad, łaziły tam kaczki. Była tam sławojka, „budka -wygódka”. Jak byłam mała nie było bowiem wody i łazienki, powstały nieco później. Babcia nie miała telewizora, dopiero później.

Po wodę chodziliśmy z wiadrem, do studni do sąsiada Irka, przez taką drewnianą furtkę w płocie, dobrze z nim żyliśmy.

zdjęcie poglądowe, ale tak wyglądała studnia u babci. fot.Johanka

W innej części tego podwórka stała kuchnia letnia, gdzie babcia gotowała latem.Budynek był cały z drewna. Na całym tym podwórku były krzaki porzeczek i agrestu -po zerwaniu owoców gotowaliśmy kompoty.

Za kuchnią stały klatki z królikami, które hodowała babcia przy pomocy wujka Ryszarda.

Atrakcje wiejskie

Jedną z nich była przejażdżka wozem z koniem na pole. Grabiłam sianko, zboże, pomagałam jak mogłam, a dziadek Zygmunt mówił, że chyba u nich zamieszkam. Z rozrzewnieniem to wspominam, szkoda mi dziadka, bo wcześnie zmarł w młodym w sumie wieku.

Inną atrakcją w wiejskie wakacje była zabawa z pieskiem Misiem, z którym „rozmawiałam” po całych dniach i głaskałam. Misio bardzo był szczęśliwy . Zapewne jeszcze bardziej był szczęśliwy, jak odjeżdżaliśmy, bo tych dziecięcych „pieszczot” miał za dużo:) Lubiłam też koty, one lubiły się też dawać głaskać i żebrały o jedzenie.

Atrakcją było wyjście do miejscowego sklepu, chleb w Janowie był zupełnie inny niż u nas , to były ogromne bochny, o średnicy 40 cm, okrągłe.

Jak się jechało, brałam dwa, były b. ciężkie. Do tego jedliśmy domowe masło, ser własny , bo babcia zrobiła.

W innym sklepie u tzw.prywaciarza była oranżada w woreczkach żółta i czerwona i prażynki ziemniaczane, nowość w PRL. Tego smaku nie zapomnę do dziś.

Pamiętam te rosoły na domowych kurkach, gotowane „udziki” , które jedliśmy, do tego ten cudowny makaron swojski.

Do końca życia zapamiętam zupę owocową – czyli zwykły kompot którym polewano makaron. Jedliśmy to w żniwa, jak nie było czasu na gotowanie.Nie smakowało mi to, truskawkowy jeszcze jakoś , ale agrestowy nie bardzo.

W wolnych chwilach kolegowałam się z miejscowymi dziećmi, bawiliśmy się w sklep czy inne dziecięce zabawy.

Nigdy nie zapomnę sielskości i beztroski tamtego czasu.

Johanka

fot. archiwum rodzinne Johanki

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here