fot.Johanka

Przygody Johanki na wydziale budowlanym

Jak już wiycie wylondowałach w wydziale budowlanym srogiyj ( dużej ) huty, konkretnie we ausgabie ( narzędziowni).

Spotkało mie tukej trocha przygód.

Boł jedyn taki chop, z kierym żech jeździła do pralni czy do zeltrowni na hucie ( wytwórnia wody sodowej ) autokarą ( wózkiem akumulatorowym).

Trzynsło czowieka sakramencko ( bardzo trzęsło człowiekiem) w czasie jazdy, najbarzyj kej jechali my bez glajzy (tory kolejowe), kierych na hucie boło w pierony.

Mój kierowca łod autokary boł czowiekiem małomównym, o szorstkim obliczu. Nazywoł się Kowalski. Ino prowda boła tako, aże to nie boło jego prowdziwe miano. Nie godoł po naszymu.

Bestóż pisza (dlatego piszę ), bo sie inaczyj nazywoł, ale jo do niego godała : Pani Kowalski to, panie Kowalski tamto.

Pewnego dnia sie fest znerwowoł ( bardzo zdenerwował) , jak jo jymu kolejny roz pedziała per Kowalski i wybuchnął: – dziewczyno, jak się odwina to obejrzysz, bo ja się nie nazywam Kowalski.Ja cię lubię, ale przestań.

Mnie luft ( powietrze) w piersi sie zafrupowoł ( zatkał ) jak we flaszce z frupem ( butelce z korkiem ) i dostałach harzklekotów ( migotanie serca).Bardzo go przeprosiłach, a łon mi pedzioł,że łon jest tak richtig (naprawdę ) nie Ślązak, że kamraty z roboty wiedzieli że łon Gorol ( nie Hanys– nie Ślązak ) i nadali mu takie miano : Kowalski, tym barzyj ,co prowdziwe miano mioł bardzo niemieckojęzycznie brzmiące. I tak dla szpany ( dla rozrywki) go nazwali, a jo podpadła.

Gryfne (ładne ) ksionżki ło ślonskiej godce znajdziesz tukej

Frisztig ( śniadanie) na wydziale

Ło 9,15 my mieli pauza na frisztig. Szłach do damskiej szatni.

Tam była pani Sprzątaczka Stefka, pani Autokarzystka Rita ,niekiedy przychodziła Pani Gizela, referentka i pociskali my pierdoły ( rozmawialiśmy o niczym). Robili my kafyj ( kawę ) i śniodali.

Kożdy wyciongoł sznity z nylonbojtlów ( kanapki z woreczków).

Jak ktoś mioł klapsznita z wusztem ( kanapka z kiełbasą ) czy kyjzą ( serem żółtym) a boł włonczony kocher ( kuchenka elektryczna z takom spiralom rozgrzonom do czyrwoności, to my te sznity dowali na tyn kocher i sie przipiekali, tego smaku nie zapomnia do dziś. Dymiło sie, a woniało (pachniało ) bez pół hali.

Nieroz my pili mlyko (mleko) , bo autokarzystka i sprzontaczka miały przydział ze huty mlyka ( mleka) , po kiere łaziły ze własnymi flaszkoma (butelkami) we takim metalowym koszyku, do łokienka bufetu ,kiery boł na wydziale walcowni.

Tyle na dziś

Zaproszom na kolejne felietony ło hucie i ło tym co sie już nie powtórzy.

Wasza Johanka

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here